Jak potężny Duch Gór przyłapał młodego górnika na grabieniu jego skarbca

Dzieje Karkonoszy spisywane są dopiero od kilkuset lat, od kiedy człowiek na dobre zadomowił się w tych niegościnnych stronach. Pierwszymi władcami naszych gór były niedźwiedzie, wilki i rysie, choć prawdziwą koronę nosiły potężne byki jelenia. Wspaniałe wieńce, czasem były tak rozłożyste jak korona wiekowego dębu i wzbudzały podziw wśród wszystkich mieszkańców karkonoskich borów. Jednak nawet jelenie odczuwały, że jest jakaś większa siła, która czuwa nad nimi. Siła, która była w stanie rzeźbić góry, rozsiewać lasy i podlewać je przywołując chmury burzowe, a po ulewie klarować niebo w ciągu jednej chwili. 


Gdy pierwsi ludzie pojawili się w Karkonoszach, nie spotkawszy się nigdy wcześniej z taką potęgą i nie rozumiejąc jej, zaczęli te zjawiska przypisywać Duchowi Gór, którego nazwali - Karkonoszem. Niektórzy mieli sposobność go widzieć o wczesnym poranku lub chwilę przed zmierzchem. Opisywany był jako smuga dymu raz po raz zyskująca rozmyty kształt człowieczy lub jako skała widziana z daleka, o ludzkim licu wpatrująca się w bezkres sudeckich lasów. 


W XII wieku pojawili się ci, którzy pierwszy raz natknęli się na dzieła Karkonosza lub na niego samego. Byli to Walończycy- poszukiwacze skarbów, którzy jak nikt inny potrafili odnajdywać złoża drogocennych kruszców. Im zawdzięczamy odnalezienie największej żyły kwarcu w Europie oraz złóż miedzi na skraju Karkonoszy. W karkonoskiej krainie zatrzymało ich jednak coś innego. Wiedzieli dobrze, że potężny Duch Gór posiada niezliczoną ilość skarbców, a głębokość ich sięga aż do jądra ziemi. Każdy skarbiec wypełniony jest po brzegi ametystami, kryształami górskimi, agatami, srebrem, złotem i wszystkim tym, o czym śnili poszukiwacze skarbów.

Walonowie odnajdywali w ziemi żyły ametystu lub potoki obfitujące w złoto, ale były to jedynie okruchy wypłukiwane ze skarbca Karkonosza. Nieliczni Walonowie odważył się poszukiwać tak bacznie chronionego przez Karkonosza miejsca. Wiedząc, że wielu już tego próbowało ale żaden z nich nie wrócił żywy. Znajdowano szkielety tych nieszczęśników później na Równi pod Śnieżką z zaciśniętą w kościach dłoni wielką bryłą kryształu górskiego.


W księgach walońskich zachowała się jednak opowieść o jednym odważnym młodzieńcu, który wbrew ostrzeżeniom starszych górników wybrał się na poszukiwanie bogactw Ducha Gór. Zgodnie ze wszelkimi opowieściami jedno z miejsc powinno znajdować się u podnóża Śnieżnych Kotłów. Wybrał się on z osady walońskiej, która znajdowała się w dzisiejszej Szklarskiej Porębie Dolnej i odprawiwszy niezbędne rytuały na skale o nazwie Chybotek wyruszył w niebezpieczną wędrówkę. Dotarcie do potężnych skalnych ścian zajęło mu dwa dni i jeszcze jeden dzień poszukiwanie wejścia do drogocennej jaskini. Wlot wyglądał jak sztolnia, wąska na jednego chudego męża, a wysoka na tyle, aby najwyższy mógł dumnie nią kroczyć. Młodzieniec nie wiedział jak zmierzyć jej długość więc posuwając się do przodu zaczął odmawiać pacierz. Zdążył odmówić modlitwę po trzykroć i na końcu za ostrym zakrętem został oślepiony mocnym blaskiem światła. Gdy oczy mu przywykły zobaczył miejsce, którego pożądało tak wielu przed nim i jeszcze więcej pożądać będzie po nim. Ze łzami w oczach sycił wzrok tym przepysznym widokiem, całymi haustami obejmował co raz większą połać, wydawałoby się, bezkresnego bogactwa.


Po dłużej chwili błogości przemieszanej z radością poczuł mrożący dreszcz na myśl, że właściciel tych bogactw może tu wejść w każdej chwili. Miał świadomość, że zmęczony dużo nie udźwignie, a i tunel nie pozwoli mu, aby wiele przez niego wykraść. Szukał zatem najcenniejszego elementu, tak niespotykanego, aby nie było wątpliwości, że mógł zostać zabrany tylko ze skarbca Ducha Gór. To co znalazł przerosło nie tylko jego oczekiwania ale też wyobrażenie, że można stworzyć coś tak pięknego. Pieczołowicie zawiną cenne znalezisko w grubą wełnianą tkaninę i zaczął się przeciskać ku wyjścia z jaskini. 


Na zewnątrz była już noc, która chyliła się ku końcowi, czas w skarbcu jakby płyną trochę wolniej. Ukryty za krzakami kosodrzewiny dłużej przyglądał się okolicy i koronie Śnieżnych Kotłów lśniącej w świetle księżyca. Szukał on postaci, smugi, sypiących się skał lub chociażby krzaków poruszających się w tę bezwietrzną noc. Wszystko widoczne było jak na dłoni co znaczyło, że baczny obserwator bez trudu dostrzeże również śmiałego rabusia. Pod osłoną porastającej tu licznie kosodrzewiny powoli zaczął się kierować najkrótszą drogą w dół. Chciałby się czołgać ale obawiał się, że uszkodzi drogocenne znalezisko. Z ulgą odetchnął gdy doszedł do granicy lasu. Podrapany przez kosówki, krwawił w wielu miejscach jednak tu w końcu mógł się wyprostować i odetchnąć z ulgą.


Spokój nie trwała długo, po kilkunastu krokach ziemia zadrżała, a po lesie rozszedł się potężny grzmot, który dźwiękiem przypominał połączenie ryku wściekłego niedźwiedzia i najpotężniejszego jelenia na rykowisku. To Duch Gór zauważył swoją stratę. Nogi pod rabusiem zaczęły się uginać. Jednak adrenalina dotarła do serca, a ono dało siłę by w strachu ciągnąć go, niemalże mimowolnie, w dół zbocza. Niewiele z tego pamiętał poza tym, że nagle gwiazdy rozsiane po niebie przysłoniła gruba warstwa chmur z której posypały się gradowe kule. Tu jego sprzymierzeńcem okazały się być karkonoskie bory. Rozłożyste buki przyjmowały większość ataku i zaledwie niewielka ich liczba dolatywała do ziemia, a tylko kilka kul trafiły go w głowę. Nie było to skuteczne i potężny Karkonosz rozpętał ulewę tak potężna, że tylko Noe mógł taką wiedzieć. Ściana deszczu obniżyła widoczność do kilku metrów i po chwili potężna fala zmyła nieszczęśnika w dół stoku. Nieustanna walka o utrzymanie się na powierzchni owocowała jedynie ułamkami sekund, gdy mógł chwycić odrobinę powietrza. Resztę czasu spędzał pod wodą bezwładnie obijając się o kamienie, skały i ostre gałęzie, które jak małe noże cięły jego skórę. Powoli opuszczało go życie do momentu, gdy jedną dłonią zaczepił się o wielkiego ostańca skalnego. Woda już nie miała nad nim władzy, zbierając ostatki sił wspiął się na jej szczyt. Odpoczywał…

Deszczu ustał, woda się obniżyła. Był ocalony. Chmury zniknęły, gwiazdy ponownie zaświeciły na nocnym niebie, a księżyc swoim jasnym światłem niczym pędzlem srebrną farbą namalował szczyty gór. Lśniły one okraszone rosą i kroplami ulewy, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Leżąc wpółprzytomny na szczycie skały ujrzał to czego pragnął, delikatne blaski słońca rozświetlającego nowy dzień. Z trudem podniósł się aby nasycić oczy ciepłem pierwszych płomieni. Ciepło nie nadchodziło jednak ze wschodu ale z południa, a słońce tak wyczekiwane nie było jego źródłem. Ku przerażeniu młodzieniec ujrzał jęzory ognia, które jak lawina staczały się ze zbocza w jego kierunku. Nie miał już siły aby uciekać, jedyne co mu pozostało to przytulić zrabowany Duchowi Gór skarb do serca, by nie zwątpić, że warte to było jego życie. Gdy fala ognia była tuż przy skała zamknął oczy.


Ciepło muskało jego policzki i włosy, ręce mu się ogrzały. Prawdę mówiąc z ulgą przyjął to uczucie, ponieważ spodziewał się, że spalanie żywcem będzie bardziej bolesne. Gdy otworzył oczy, ku swojemu zdumieniu ciągle żył i siedział na skale w centrum najpotężniejszego pożaru w historii tych gór. Jęzory ognia próbując objąć swoim zasięgiem szczyt skały ponosiły porażkę, jakby ona nie pozwalała się dotknąć, a tym samym broniła nieświadomego Walończyka. Przyglądał się płomieniom buchającym dookoła, które nie dawały żadnego dymu, pary lub czegokolwiek. Jedynie na tle księżyca kłębiły się obłoki, raz po raz przybierały postać olbrzymiego umięśnionego człowieka lub postaci z łbem orła i rogami jelenia, która ze wściekłości wydawała ten sam ryk, który usłyszał chwilę po tym jak ziemia zadrżała. 

Stał więc chłopek liczący nieco ponad dwadzieścia wiosen przed obliczem potężnego Karkonosza, który od przeszło 10 tysięcy lat strzeże tych gór i swoich skarbów. Sam Karkonosz patrzył się w oczy istocie, która miała na tyle odwagi, aby go okraść i na tyle szczęścia, aby ukryć się na jedynej skale w całych Sudetach, na której on nie ma swojej władzy. Gdy pierwszy promień słońca pokazał się na Śnieżką potężna postać zaryczała i rozpłynęła się zabierając ze sobą cały ogień. 


Jeszcze długo po wschodzie młodziak nie odważył się zejść ze skały, dopiero około południa jego stopa dotknęła ziemi. Przez kilka godzin wędrował zanim dotarł do swojej wioski, gdzie przyjęto go z radością okraszoną zdziwieniem i zaskoczeniem. Wszyscy myśleli, że młody człowiek zginął gdzieś w górach, ponieważ nie było go aż cztery miesiące. Kilka dni dla chłopca były miesiącami dla jego towarzyszy, ponieważ dla każdego, kto skarbiec Ducha Gór odwiedzi czas płynie wolniej. Wyliczono, że jedna godzina w skarbcu jest równa czterem tygodniom na powierzchni. 


Urządzono ucztę. Podczas biesiady opowiadał o swoich przygodach, a ramach dowodu, że był w tym mitycznym miejscu zaprezentował swój skarb. Powoli odwiną z wełnianej tkaniny niewielkie naczynie wykonane z kryształu górskiego zabarwionego na krwisto czerwony kolor. Ściany gładkie jak lica niemowlęcia, a wewnątrz z dna usypanego kruszywem ametystowym wyrastał kwiat róży wyrzeźbiony z najczystszego kryształu górskiego. Naczynie wszystkich zadziwiło. Wykonane było z taką precyzją, że nikt nie wątpił, że jedynie Duch Gór mógł je wykonać. 


Kilka dni później młodzieniec zabrał grupę swoich pobratymców do skały, która go ocaliła. Mędrcy ze zdumieniem się jej przyglądali. Stała na pogorzelisku i jako jedyne miejsce otoczone było zieloną soczystą trawą. Najstarsze księgi wspominały o takich miejscach, ale nikt by nie pomyślał, że jedno znajduje się w Karkonoszach. 

Otóż skała, nad którą potężny Karkonosz władzy nie zdobył stoi na skrzyżowaniu żyły wody i kwarcu, a całość grzana jest gorącem magmy, która nieco poniżej ma swoje ujście. Połączenie tych żywiołów daję smugę ciepłego powietrza, która niczym tarcza chroni skałę i każdego, kto na niej stanie, zapewniając jednocześnie powodzenie w trakcie górskich wędrówek. 


Z biegiem miejsce to stało się obowiązkowym przystankiem, dla niemal wszystkich wypraw walońskich, które tu miały swój postój i odpoczynek. Wierzono, że daje im to szczęście w górach.

Legenda ta, zapomniana przez wieki została niedawno odnaleziona. Udało się odszukać także skałę, która dziś leży niemalże w sercu Szklarskiej Poręby. 

Nam udało się ją uchronić. Zainspirowało nas to również do budowy hotelu, który z pewnością przyniesie szczęście naszym gościom. 

Warto raz dziennie wejść na szczyt tej skały znajdującej się przy wjeździe by zaczerpnąć mocy czterech żywiołów, bo jak mówią stare księgi walońskie, nie ma drugiej takie skały w całych Sudetach.


Autor: Gracjan Kielijański, korekta i poprawki Krzysiek Korzeń i Ewa Korzeń.

Dodano: 2022-02-07
Komentarze (0)
Dodaj komentarz